kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć

Kolumbia wcale nie jest straszna

Pierwszy przystanek w Kolbumbii to Santa Marta. Urocze kolonialne miasteczko nad Morzem Karaibskim. Do tego listopad, dżdżysto, nie ma dużo turystów. Pięknie. Z Santa Marty pojechaliśmy na sześciodniowy trek po dżungli do Cuitad Perdida, zaginionego miasta Indian. Po drodze wiedzieliśmy plandtacje koki, Indian, troche przyrody, byliśmy w fabryce kokainy, no i oczywiście zaginione miasto. Indianie mieszkali w chatach, na tarasach, obecnie miasto składa się z ok 150 tarasów, schodów i innych konstrukcji z kamienia. Wszystko próbuje pochłonąć dżungla. Wrażenie niesamowite. Ciekawe, że miasto na nowo zostało odkryte w latach '70.
Potem ruszyliśmy na fiestę do Cartageny i wróciliśmy do Santa Marty, ponurkować. Nurkowanie można śmiało polecić. Jest pięknie i podobno najtaniej w okolicy. Rzeczywiście najtaniej z tego co sam się dowiadywałem. Ale skądinąd podróżnicy mówili, że porównywalne ceny są w Hondurasie.
Kolejnym przystankiem był pobliski Parque Nationale de Tayrona. Tak pieknych plaż nie widziałem. Jak z pocztówki!!! Piękne i puste!!! Puste nie licząc oczywiście żołnierzy ścigających przemytników kokainy. Obok można zobaczyć jak wojsko wysadza łódź przemytników na jednej z plaż.
Potem przez San Gill (taka raftingowe miasteczko) ruszyliśmy do Bogoty. Tam sie okazało, że jesteśmy w Kolumbii już nielegalnie, bo pani w konsulacie w Meridzie wbiła nam w paszporty złą pieczątkę. Trochę był problem, bo mieliśmy dwie opcje: albo zapłacić po 100 USD kary i mieć 14 dni na opuszczenie kraju, albo być deportowani, co znaczyło, że dostajemy taki dokument i mamy 14 dni na opuszczenie kraju :))) To nie żarty! No cóż... wybraliśmy, że nie płacimy i już jako DEPORTOWANI ruszyliśmy dalej. W Bogocie jeszce tylko zuciliśmy okiem na kilka muzeów, w tym największe na świecie muzeum złota.
Dalej było miasteczko San Augustin - cmentarze indiańskie i treki niskimi Andami. Troszke zostaliśmy tam przetrzepani przez wojsko, które troche się dziwiło wędrującym górami Polakom.
Następnie, przez ładne, kolonialne miasteczko Popayan i przez Pasto ruszyliśmy w kierunku granicy. Po drodze jeszcze obejrzeliśmy sanktuarium w Ipiales.
Obok zjęcia. W kolejności od góry można obejrzeć: Santa Marte, trek po dżungli w poszukiwaniu zaginionego miasta, fabrykę kokainy, Parque Nationale de Tayrona, wulkan błotny, Cartagenę, Parque de Viejo, Bogota - muzeum złota, San Augustin i grobowce Indian i sanktuarium w Ipiales.

kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć

Główna podróże wenezuela Kolumbia Ekwador hobby

Valid HTML 4.01 Transitional