kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć
kliknij żeby powiększyć kliknij żeby powiększyć

Ekwador. Łatwo tam złamać nogę :)

Sam wjazd do Ekwadoru obył się bez większych przygód. No, może tylko poza tym, że celnicy uparli się, że jesteśmy z Pakistanu, a nie z Polski, bo jak wbijali nasze dane do systemu to pokazywało, że potrzebujemy wizy. A skoro Polacy nie potrzebują, to znaczy, że nie jesteśmy z Polski:) dwie godziny i jakos to załatwiliśmy.
Podróż zaczęliśmy od loklanego tagru w Otavalo. Idianie, walki kogutów, jednym słowem folklor.
Potem ruszyliśmy do stolicy - Quito. I znowu fiesta. Uff... ile można... ale była też prawdziwa korrida. Sześć byków nie wytrzymało konkurencji ze strony torreadora, ale jeden byku nieźle pokiereszował torreadora. Zrobiliśmy też kilka wypadów: rowerowy na Cotopaxi (wycieczka do lodowca i downhill), na równik (nie wiedziałem, że są dwa: jeden wynikający z modelu Ziemi, a drugi z jej ruchu wirowego) i trek na Pasachoę (4 200 m n.p.m.). Zwiedziliśmy Quito i ruszyliśmy do felernego Banos.Jeszcze przed złamaniem nogi weszliśmy na semiaktywny wulkan Tungurahua. Weszliśmy na wysokość prawie 5 000 m i zajrzeliśmy do krateru. Wrażenie niesamowite. Chyba największe.
Następnego dnia miałem jechać od Cuenci i dalej do Peru, ale postanowiłem przejechać sie na quadzie i skończyło się tym, żę w wigilię poleciałem do Warszawy... :(((
Na zdjęciach można oglądać: targ w Otavalo, korridę, demonstrację przeciwko korridzie (nie zgromadziła wielu uczestników :), wulkan Cotopaxi, równik i zlew, w którym woda kręci sie raz w jedną raz w drugą, wejście na Pasachoe, katedre w Quito, wulkan Tungurahua, przysmak: pieczone świnki morskie, osatnią wycieczkę na quadach i jej efekty...
No, cóż... Ameryka Południowa to ciekawy region, ale chyba wymaga, żeby tam być kilka miesięcy. W sumie chciałbym tam jeszcze wrócić; może na południe? Argentyna? Chile? A może Ameryka Środkowa? Też dobrze, kurcze jest tyle miejsc...


Główna podróże wenezuela Kolumbia Ekwador hobby

Valid HTML 4.01 Transitional